Żegnaj Ameryko i trzymaj się

26 lipca 2019
Powrót
Żegnaj Ameryko i trzymaj się

Tym razem powroty bez niespodzianek. Wszyscy szczęśliwie dotarli do domów, za to jeden bagaż nie. Ameryka znów okazała się przyjazna i gościnna. Podróż w jedną i drugą stronę odbyła się bez większych problemów. Wpadliśmy nad Niagarę, pospacerowaliśmy po Detroit, zrobiliśmy zakupy w Toronto. Tyle zwiedzania Ameryki. No ale jak się leci na przedłużony tylko nieznacznie weekend…

W Bay City po dziewięciu latach

Bay City okazało się spokojniejsze, niż je pamiętaliśmy z wizyty dziewięć lat temu, ale nadal tak samo urocze i nadal z klimatem (choć pubu Steinhaus brakowało, oj brakowało). Czas jak zawsze przeleciał zbyt szybko, by za wszystkim nadążyć, wszystkich posłuchać. Festiwal International Maritime Music, który towarzyszy zlotowi żaglowców The Tall Ship Celebration, tym razem gościł osiem grup (niestety nie dotarli nasi przyjaciele z Belgii, nad czym ubolewaliśmy serdecznie). Z Polski obok nas była jeszcze wrocławska grupa Za Horyzontem (o dziwo! w drodze do USA udało nam się na nich wpaść na lotnisku we Frankfurcie, mimo że to ogromna powierzchnia, a i czasu tam mieliśmy niewiele – „góra z górą”, jak mawiają). Nie dane nam było – jak to zwykle bywa – wysłuchać wszystkich zespołów na koncertach festiwalowych (ani obejrzeć żaglowców, było ich ponad dziesięć, zacumowanych wzdłuż brzegów rzeki Saginaw), ale to, czego nie dało się zrobić w ciągu dnia, nadrabialiśmy wieczorami podczas koncertów w ramach Ballads & Brews (taki odpowiednik naszego afterfestivalparty).

I tak amerykańskie Bocca Musica i Roane wypadły z ogniem i werwą (zwłaszcza wersja piosenki „Madam I’m a Darling” tych drugich zwróciła naszą uwagę, bo jak wiecie mamy ją też w repertuarze). Niespodzianką był także występ z Roane naszego przyjaciela, dawno niewidzianego skrzypka z tria The Hoolie (poznaliśmy ich w Appingedam równo 10 lat temu), Bruce’a Macartney’a. Innym muzykiem tria, spotkanym w Bay City była Kathy Morris, która w tym roku z kolei pojawiła się z grupą GlennCora, nie mówiąc, o tym najważniejszym, założycielu The Hoolie – Jerrym Casault, obecnie dyrektorze muzycznym festiwalu i naszym gospodarzu. Wsłuchiwaliśmy się też w ciekawe brzmienie głosów żeńskiego kwartetu z Anglii – The Norfolk Broads, doskonale bawiliśmy się przy rockowym brzmieniu Toma Masona i the Blue Buccaneers, ale prawdziwym objawieniem okazali się panowie z El Pony Pisador (z Barcelony). Spotkaliśmy ich już wcześniej w Holandii, ale dopiero w Bay City mieliśmy okazję poznać ich bliżej. Od razu przypadliśmy sobie do gustu (na marginesie, należy zauważyć, że Festiwal „Bie Daip” w Appingedam w Holandii, który odwiedziliśmy pierwszy raz równo 10 lat temu, stał się takim naszym oknem na świat – sic!. Dzięki Janneke & Armstrong’s Patent).

W porównaniu do naszej pierwszej wizyty na „tallshipach” w 2010 r. tym razem impreza była skromniejsza. Tylko dwie sceny (wtedy kilka), mniej stoisk z dobrami wszelakimi i brak spektakularnego wydarzenia (jakim 9 lat temu był koncert Alice Cooper). To, i z pewnością pogoda, która w tym roku dała się wszystkim we znaki, sprawiło, że i odwiedzających było mniej, niż poprzednio. A o pogodzie warto wspomnieć, gdyż pierwszego dnia wymęczył wszystkich niesamowity upał, ponoć niespotykany tu od dziesiątek lat. Drugiego dnia z kolei przerwano imprezę ze względu na nadchodzącą burzę (a burze są tam porządne, nie to co u nas, choć powoli nasz klimat nadrabia dystans do Ameryki). Zamknięto teren festiwalu i kazano widzom udać się w bezpieczne miejsce.

Koncerty festiwalowe odbywały się po wschodniej i zachodniej (w Veterans Memorial Park) stronie rzeki Saginaw, która dzieli miasto na dwie części. Wykonawcy, na zmianę występowali to na jednej, to na drugiej scenie, dwa razy w ciągu dnia. Wieczorami spotykaliśmy się w specjalnym namiocie, gdzie trwała pofestiwalowa dogrywka, czyli wspomniane „Ballads & Brews”. Mieliśmy i my tam swój koncert pierwszego dnia, podczas, którego, zaprosiliśmy Jerry’ego do wspólnego zaśpiewania jego piosenki „Load’em and Steck’em”, którą Marek dawno temu przetłumaczył i jako „Japoński frachtowiec” czasami ją śpiewamy (zwłaszcza, gdy możemy wykonać ją z Jerrym).

Trzeciego dnia przypadło nam zagrać na obu scenach. Pogoda była tym razem idealna, bez upału, z wietrzykiem od rzeki, grało nam się fantastycznie, a ostatni koncert w Bay City – naszym skromnym zdaniem – wypadł nam najlepiej ze wszystkich, ale po każdym koncercie zbieraliśmy gratulacje. Podobały się zwłaszcza brzmienie naszych głosów i aranżacje instrumentalne. Oczywiście „Johnny I hardy Knew Ye”, tak jak i dziewięć lat temu, wycisnął niejedną łzę. Amerykanie odbierają ten utwór wyjątkowo emocjonalnie, w końcu nadal ich synowie, mężowie, bracia, przyjaciele giną na różnych wojnach. Po koncertach podchodziło też sporo osób, które przyznawały się do polskiego pochodzenia. Trójka z nas nocowała nawet u Amerykanina o swojsko brzmiącym nazwisku Bachleda.
Żal było jak zawsze stamtąd wracać, wszystko to było za krótko, za szybko, ale czekał na nas pub Drom Taberna w Toronto, więc w poniedziałek, nie zwlekając, ruszyliśmy w powrotną drogę.

a w Toronto jak w Polsce

Od samego początku przygotowań do naszej amerykańskiej eskapady wspierał nas z Toronto nasz fan i przyjaciel Bartek Wasielak (najpierw radą via internet, później osobą swoją w Bay City i Toronto – Bartku BARDZO dziękujemy za wszystko!!!). Dzięki niemu czuliśmy się jak w domu, stres nowego kraju nie był tak dotkliwy. To wrażenie jeszcze wzmocniła wizyta w pubie Drom Taberna. Luuuudzie!!! Co to za cudowne miejsce! A jakie jedzenie! Zaskoczyli nas wszystkim. Oto na progu witał nas właściciel, hinduskiego pochodzenia… po polsku! Na ścianach polskie plakaty filmowe, teatralne, kulturalne. Czad!!! Szybko okazało się, że żoną Shameza Amlani, bo to on nas witał, i współwłaścicielką pubu była Marysia (pochodząca z… Wrocławia!).

Koncert udał się nadwyraz. Wszystko było przygotowane, a klimat, nastrój, publiczność – miodzio! I ugoszczono nas tam wyśmienicie. Ucieszyła nas bardzo obecność na sali naszego starszego kolegi ze sceny – Arka Wlizło, który mieszka niedaleko Toronto, ale niespodziankę prawdziwą zrobili nam chłopaki z El Pony Pisador, którzy jak się okazało, byli też w Toronto i wpadli na nasz koncert. Nie mogło się obyć bez wspólnego odśpiewania choć jednej szanty! Przepiękny wieczór, przepiękni ludzie. Dwa sety zleciały jak z bicza strzelił. Wrócimy tam tak szybko, jak się da.

Po naszym koncercie odbyła się tradycyjna balfolkowa potańcówka, a zespół „jam’ujący”, złożony z muzykujących od czasu do czasu wspólnie osób zrobił na nas niesamowite wrażenie. Grali przefantastycznie! Niektórzy z nas ruszyli w tany (Marek w tym czasie testował lirę korbową!). We wtorek jeszcze krótki spacer po Downtown, szybkie zakupy i droga na lotnisko (ależ zakorkowane to miasto, zdążyliśmy na styk, bo z 30 min trasy zrobiło się niemal 2h).

Krótka to była wizyta (17-23.07.2019), ale niesamowicie intensywna. Mamy nadzieję, ża będzie nam dane odwiedzić, zwłaszcza Kanadę jeszcze raz i nie po dziewięciu latach.

Wszystkim, którzy nam pomogli, zaprosili, zwłaszcza: Jerry’emu Casault, Shirley Roberts, rodzinom, które nas gościły (Paul Bachleda, Amy i Ian Eady, Nickola Fath-Dumbovic i Drago Dumbovic), Bartkowi jeszcze raz za pomoc wszelaką oraz całej załodze The Tall Ship Celebration i Drom Taberna (Marysia, Shamez, Mihail, Tangi) oraz pani Edycie Klimuk-Domańskiej z Konsulatu w Toronto – WIELKIE DZIĘKI za wszystko. Pozdrawiamy! I do zobaczenia niebawem, We hope!

Dziękujemy również Krzysztofowi Grzelczykowi Konsulowi Generalnemu RP w Toronto za zaproszenie. Szkoda, że terminy nam się nie zgrały i nie daliśmy rady, ale mamy nadzieję, że co się odwlecze, to nie uciecze.

Udostępnij na:

Jeśli szukasz dobrej muzyki folkowej, przesłuchaj
nasze płyty!

Dyskografia
Kilka faktów

(od 2001 r.)

+

zagranych koncertów

+

minut nagranej muzyki

+

odwiedzonych miast

wyjątkowych głosów

akustycznych instrumentów

+

różnorodnych utworów

Nasz fanpage

Zwiń